Główna | Bohaterowie | Zapamiętaj | Linki | Księga
Prolog | R ? | R ? | R ? | R ? | R ? | R ? | R ? R ? | R ? | R ? | R ?
Wykonała Tentou Rei dla Amaranty | 1, 2

KAŻDEGO, KTO CHCIAŁBY BYĆ POWIADAMIANY O NASTĘPNYCH ROZDZIAŁACH, ŁADNIE PROSZĘ O WPISYWANIE SIĘ DO Księgi

Prolog

piątek, 7 stycznia 2011 15:31:46


Księżyc świecił jasno, odbijając się w tafli jeziora niczym próżna dziewczyna podziwiająca swe wdzięki. Ciemnogranatowe niebo usłane było koronką drobnych, jasnych gwiazd, a łagodny, letni wiatr huśtał gałęziami drzew i krzewów. W wiosce położonej nieopodal akwenu panowała niemal kompletna cisza, przerywana jedynie okazjonalnym szczekaniem psów czy wyciem wilków w pobliskim lesie. Noc rządziła się własnymi prawami i Aloyse Fierce doskonale o tym wiedział. Ilekroć wychodził na swój cotygodniowy nocny spacer starał się nie zakłócać życia zwierząt głośnymi krokami czy innego rodzaju hałasem. Szedł spokojnym, równym krokiem, przystając co jakiś czas, by przyjrzeć się jasnym kwiatom porastającym pobocze ścieżki. Ich białe płatki połyskiwały tajemniczo i zachęcająco w świetle księżyca i chociaż mężczyzna znał je od dziecka zawsze przyciągały jego uwagę. Co jakiś czas zerkał też na jezioro, którego powierzchnia mimo dość mocnego jak na tę porę roku wiatru pozostawała niezmiennie nieruchoma i gładka niczym lustro. Gdzieniegdzie na tafli połyskiwały odbicia jaśniejszych gwiazd, dodając jej jeszcze więcej uroku. Nagle tuż przed nogą Aloyse’a przesunął się szybko wąż i mężczyzna cofnął gwałtownie nogę, następnie śledząc zwierzę wzrokiem. Jego wąski ogon znikał pospiesznie w gęstej, wysokiej trawie porastającej okolice jeziora. Fierce westchnął ciężko, wyciągając w górę ręce i przeciągając się. Z każdym dniem docierało do niego, że nie jest już tym samym młodzieniaszkiem, którym był jeszcze kilka lat wcześniej. Lata ciężkiej pracy oraz obowiązki rodzinne przytłoczyły go, pozbawiając młodzieńczej naiwności i ambicji. Jednak gdy miało się na utrzymaniu gderającą żonę, dwóch synów i córkę, której wiecznie trzeba było pilnować , własne marzenia i plany odchodziły na drugi albo i jeszcze dalszy plan. Nie mógł powiedzieć, że nie kochał swojej rodziny; patrzenie na dorastających synów sprawiało mu niewysłowioną radość, a fakt, że jego córka wyrastała na najpiękniejszą dziewczynę w okolicy rozgrzewał jego serce. Martwiło go tylko jedno – jego dzieci, tak mądre i starannie przez niego pielęgnowane, mogły stać się ofiarami siły nie będącej w jego zasięgu. I choć wszyscy wiedzieli, że w ich okolicy drzemało coś potwornego, nikt nie dopuszczał tego do wiadomości. Jego żona uważała, że owe nocne spacery są jedynie kaprysem starzejącego się człowieka. Nie pochwalała ich, zrzędziła, gdy wyślizgiwał się z łóżka, ale mimo to nie stawała mu na drodze, gdy wychodził. Wmawiał sobie, że przechadzki służą jego zdrowiu. Tak naprawdę jednak Aloyse lubił mieć oko na wszystko, łącznie z Matką Naturą. Jego babka opowiadała mu, że zniknięcia w okolicy jeziora zdarzały się już za czasów jej młodości. Gdy tylko podrósł, Fierce zdał sobie sprawę, że opowieści staruszki, które w dzieciństwie brał za bajki na dobranoc, mają w sobie coś prawdziwego. Każdego roku z jego bądź okolicznych wiosek ginęło kilka osób, najczęściej młodych, pełnych życia i szukających przygody mężczyzn. Jednego wieczora wychodzili z domu i nigdy już nie wracali. Na nic były żmudne i długie poszukiwania, modły oraz lamenty – młodzieńcy jakby zapadali się pod ziemię. Ludzie jednak przyjmowali to jako normę. Ataki zwierząt podczas polowań i chęć ucieczki do miasta były najczęstszymi wyjaśnieniami tych dziwnych zniknięć i na tym zazwyczaj sprawa się kończyła. Aloyse podskórnie czuł jednak, że w głębi tego kryje się jakaś zagadka, coś, czego nikt nie umiał lub też nie chciał wyjaśnić. Mężczyzna zatrzymał się nagle, tknięty dziwnym przeczuciem. Rozejrzał się wolno dookoła, nie dostrzegając jednak niczego niepokojącego. Zmartwiło go jednak, że wokół panuje kompletna cisza, jakby cały świat zamarł w jednej chwili, pozostawiając słyszalnym jedynie płytki, nieco przyspieszony oddech Fierce’a. Nie odezwało się nic; zwierzęta jakby przestały istnieć, rośliny zatrzymały się w pół ruchu. Nagle usłyszał głośne pluśnięcie, wywołujące nagły dreszcz, który przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa. Jasne oczy Aloyse’a powędrowały powoli ku jezioru, zauważając na nim wyraźne zmarszczki i kręgi, jakby coś dosłownie przed chwilą wskoczyło do jeziora... albo z niego wyskoczyło. Wyciągnął mocno szyję, starając się dostrzec, czy coś nie leży na plaży. Wydawało mu się, że dostrzega jakiś ciemny, spory kształt zalegający na piasku. Już miał zrobić krok w stronę ścieżki prowadzącej do jeziora, gdy rozległ się głośny chrzęst. Momentalni odwrócił się w stronę, z której dochodził hałas i zobaczył swojego starszego syna, Jake’a, wyłaniającego się zza zarośli. - Wszystko w porządku, ojcze? Wyglądasz na zaniepokojonego. – Chłopak miał zafrasowaną minę, a jego usta odchylały się nieco w prawą stronę, dokładnie tak jak działo się to u jego matki. Aloyse potrząsnął głową, uśmiechając się lekko do syna. Podszedł do niego, obejmując go ramieniem i poklepując po nim. - Nic podobnego. Zdawało ci się.


trzydzieści lat później W środku pachniało jeszcze gorzej niż na zewnątrz. Zupełnie wystarczyło mu, że już od progu przywitał go zapach łajna, bijący od pozostawionych bez opieki koni. Za drzwiami rozpoczynała się feeria aromatów, począwszy od piwa, na męskim pocie skończywszy. Thomas zakaszlał potężnie, mrużąc ciemnozielone oczy. Ciężka, duża dłoń jego brata opadła na plecy Thomasa niczym taran, popychając go dalej, ku wnętrzu sali. - Nie krępuj się, młody. W końcu musisz wkroczyć w dorosłość – odezwał się jowialnie Sam, niemal ciągnąc go w stronę podłużnej ławy ustawionej pod jedną ze ścian rozległej sali. Tommy wcale nie był pewien czy taka dorosłość mu odpowiadała i czy w ogóle chciał w nią wkraczać. Jednak posłuszny poleceniom brata, zasiadł na jednym z twardych drewnianych stołków, swoim zwyczajem czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Gdy pozostali towarzysze zajmowali swoje miejsce, chłopak z zainteresowaniem przyglądał się reszcie sali. Karczma była tego wieczoru wypełniona po brzegi, co do jednego miejsca. Na ścianach wisiały trofea myśliwskie oraz wojenne, należące od pokoleń do rodziny właścicieli, a po podłodze z desek walały się resztki jedzenia, pływające w sosie z rozlanych uprzednio trunków oraz śliny ludzi i zwierząt. Psy wałęsały się między stołami, z nadzieją patrząc na porządnie już wstawionych właścicieli, licząc na jakiś upuszczony w chwili nieuwagi kąsek. Ławy zostały zastawione licznymi talerzami z różnego rodzaju pieczonym mięsem oraz kuflami do piwa i wina, opróżnianymi w rekordowym tempie. Zapach chmielowego trunku nieprzyjemnie drapał go w nozdrza, a od gwaru kręciło mu się w głowie. Jego brat oraz jego przyjaciele byli jednak stałymi bywalcami i zgodnie przyłączyli się do panującego w gospodzie harmidru. Jakiś czas potem do ich stołu podeszła młoda, dość ładna dziewczyna. Tommy znał ją od dziecka, jak każdego tutaj; miała na imię Sarah i była córką karczmarza. Do pokaźnej piersi przyciskała jednym ramieniem kilka pustych kufli, a w drugiej ręce trzymała dzban, z którego ulało się nieco na podłogę. Psy momentalnie przyskoczyły do jej stóp, by zlizać piwo z podłogi, a mężczyźni odgonili je krzykami i głośnymi klaśnięciami. Sarah sprawnie rozstawiła naczynia na stole, przekrzykując gości i przypominając im, by zachowywali się przyzwoicie. Tamci jednak wyśmiali ją tylko, a Sam ofiarował jej na pożegnanie porządnego klapsa, zanosząc się przy tym rubasznym śmiechem. Thomas skrzywił się, kuląc się nieco na krześle i niezdarnie przeczesując smukłą dłonią ciemne, kręcone włosy. - Młody, łap za kufel i do dna! – rozkazał mu Brett, jeden z najlepszych przyjaciół Sama. Brett był niezwykle wysoki i dobrze zbudowany, a jego rozmiary wprost proporcjonalnie odpowiadały głupocie. Nieoficjalnie mówiono, że stanowił najlepszą partię w całym Millheaven – rosły, silny, potrafiący ochronić rodzinę – idealny kandydat na męża. Brett wolał jednak włóczyć się byle gdzie z Samem i resztą towarzystwa, ignorując narzekania ojca i błagania matki. Thomas przyglądał się jego gęstym włosom i stanowczemu podbródkowi, okraszonemu teraz pianą z piwa, z mieszanymi odczuciami. Właśnie gdy miał już zmienić zdanie o przyjacielu brata, ten beknął potężnie i zaniósł się śmiechem, zarażając nim resztę towarzyszy. Zabawa w karczmie trwała na całego, porywając bądź przyprawiając o ból głowy swoim rytmem, hałasem i tą nutą wyzwolenia, która łudziła wszystkich mieszkańców Millheaven, że liczy się tylko dzisiejsza noc. Chłopak popijał piwo małymi łykami, obserwując wszystkich gości przybytku bystrymi oczami. Nagle jego brat podszedł do niego, zwalając mu się na ramiona całym ciężarem. - Widzisz ją, Tommy? – zwrócił się do niego, przeciągając samogłoski. Thomas podążył za jego wyciągniętymi palcem, dostrzegając drugą z córek karczmarza, młodszą i dużo ładniejszą. – Chcę, żebyś ją dziś miał. Mam dosyć mienia za brata nieudacznika. – Sam uśmiechnął się szeroko, bardzo z siebie zadowolony. - Co masz na myśli, Sam, mówiąc o posiadaniu tej dziewczyny? - O Chryste, ty naprawdę jesteś taki głupi czy tylko udajesz? W życiu nie widziałeś jak na sianie... - Nie musisz kończyć. Dość się ciebie naoglądałem, żeby wiedzieć, że nie chcę brać z ciebie przykładu – przerwał mu dość ostro Tommy i Sam poklepał go po policzku. - Dobrze! Umiesz pokazać pazurki! Moja krew! – Mężczyzna przyciągnął go do siebie w niedźwiedzim uścisku, w którym Tom ledwo mógł oddychać. Gdy wreszcie wyswobodził się z ramion brata, poderwał się jak oparzony od stołu i nie zwracając uwagi na nawoływania kompanów, wypadł na zewnątrz, niemal zachłystując się świeżym powietrzem. Zatrzasnął za sobą drzwi, obchodząc budynek wokoło i opierając się wreszcie plecami o ścianę. Noc była spokojna i leniwa; wiatr głaskał liście drzew, a jedynymi odgłosami, jakie zakłócały spokój wieczora były hałasy z gospody. W oddali migotała tafla jeziora, oświetlana księżycem zawieszonym nad nim niczym okrągła tarcza, gotowa w każdej chwili runąć w dół. Tommy przymknął oczy, z lubością wsłuchując się w muzykę wygrywaną przez świerszcze. Nagle drzwi otworzyły się nieco nieśmiało i tuż pod jego nogami wylądowała brudna woda, okraszona kośćmi i okruszkami. Wrzasnął cicho, odskakując na bok, a zza drzwi wyłoniła się ładna twarz młodszej córki właściciela. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająca, wychodząc na zewnątrz. - Wybacz. Nie wiedziałam, że ktoś tu jest. – Miała miękki i przyjemny głos, przynoszący ulgę po gwarnej zabawie. - Nic się nie stało – odburknął w odpowiedzi, szybkim spojrzeniem omiatając jej sylwetkę. Zaraz potem wbił wzrok w zarośla, udając że jej nie widzi. Mimo to stała obok, wpatrując się w niego wielkimi, sarnimi oczami. Spojrzał wreszcie na nią i uśmiechnęła się szerzej. - Boisz się mnie? – zapytała łagodnie, przesuwając palcem po jego ramieniu. Wzdrygnął się lekko, nieprzyzwyczajony do delikatnego dotyku. - Z tego, co wiem, jedyna czarownica mieszka poza wioską, więc chyba nie mam czego – odparł, nieco onieśmielony jej zachowaniem. Roześmiała się cicho, dotykając jego karku ciepłymi palcami. - Pocałowałbyś mnie? - C-co?! To pytanie zupełnie wyprowadziło go z równowagi. Dopiero co zdążył przywyknąć do jej towarzystwa, a ona już składała mu taką ofertę? Niedorzeczność tego świata nie miała dla Thomasa Fierce’a granic. Nie dość, że wciąż nazywano go „młodym”, mimo że był starszym z bliźniaków, to na dodatek jego doświadczenie życiowe, jak lubili to nazywać mieszkańcy Millheaven, sięgało zera. Szczerze mówiąc, pierwszy raz odkąd skończył trzynaście lat znalazł się tak blisko osoby innej płci. Czuł zapach jej jasnych włosów, łączący w sobie aromat konwalii i miodu. Usta dziewczyny wydawały się miękkie i kuszące. Nie wiedział, czy była to wina piwa, które wcześniej wypił, czy też tego, że czekał na takie wydarzenie już stanowczo za długo, ale pochylił się nad nią, muskając jej wargi swoimi. Karczmarka momentalnie przylgnęła do niego, obejmując jego szyję ramionami. Zaskoczony, już miał ją objąć w pasie i odwzajemnić pocałunek, gdy uwagę ich obojga przykuł dziwny hałas po drugiej stronie budynku. Tommy odepchnął ją lekko, ruszając wzdłuż ściany karczmy. Gdy doszedł do wejścia zauważył, jak Brett wspina się niezdarnie na swojego konia. - Brett, oszalałeś? – zwrócił się do niego z irytacją. – Jesteś pijany, nie możesz w takim stanie... Jasny koń kompana mijał go już jednak w galopie i Fierce rzucił się za nim w pogoń, nie zwracając uwagi na krzyki dziewczyny. Pędził przez zarośla, za wszelką cenę chcąc dogonić konia, a szczególnie jego jeźdźca. Dostrzegł go jeszcze, gdy skręcał w stroję jeziora, a następnie stracił z oczu. Mimo to mknął przed siebie, czując cienkie gałązki uderzające go w twarz. Zwinnie przeskakiwał wystające z ziemi korzenie, docierając wreszcie do gęstych krzewów porastających plażę wokół jeziora. Był niemal pewien, że słyszy głos Bretta, jakby tamten z kimś rozmawiał. - Brett! – wrzasnął, wychodząc z lasu. Nie doczekał się jednak odpowiedzi i ponowił wołanie. Szedł wzdłuż brzegu, wciąż słysząc echo miejscowego głupka. Zacisnął dłonie w pięści, złoszcząc się sam na siebie za swoją głupotę. Brett wcale nie potrzebował jego pomocy, zapewne znajdą go jutro śpiącego jak niemowlę na jakiejś łące. Mimo to Thomas nie mógł sobie odmówić iście bohaterskiej akcji. Jego uwagę przykuła dzwoniąca w uszach cisza, która otuliła nagle zarośla. Nie słyszał, by poruszyło się choćby źdźbło trawy, o głosie Bretta nie wspominając. - Brett? – krzyknął nieco ciszej. Odpowiedział mu donośny plusk i Thomas rzucił się biegiem w stronę jeziora. Piasek zachrzęścił pod jego ciężkimi butami – był na plaży kompletnie sam, o ile nie liczyć osamotnionego konia, który zarżał nagle żałośnie. Tommy podszedł do niego, głaszcząc go uspokajająco po pysku. - Gdzie się podział twój pan, co? – zagadnął zwierzę. W odpowiedzi koń spojrzał smutnym wzrokiem w stronę akwenu. Chłopak podążył za nim wzrokiem, dostrzegając na niemal gładkiej tafli pozostałości sporych kręgów.